Gdzie to wszystko ma początek, kogo za to winić, jak sobie pomóc w sytuacji, gdy w sposób niekontrolowany sięgamy po jedzenie – najczęściej po coś słodkiego i dopiero po fakcie orientujemy się, że na zastanowienie się, czy warto i czy to na pewno najlepsza forma terapii na daną dolegliwość jest za późno, bo słodycze lub makaron, kawał sera żółtego, pół tabliczki czekolady, kruche ciasteczka lub inne „dopalacze” właśnie rozkładają się na wątpliwej jakości pocieszacze w naszym nadal niezaspokojonym uczuciowo środku.

Jedzenie jest jedną z form sprawiania sobie i innym – zwłaszcza gdy lubimy gotować – przyjemności. Jedzenie służy do wzbogacenia spotkań towarzyskich. Co ja piszę! To właśnie jedzenie najczęściej jest na głównym planie tychże. Jak niezmiernie trudno jest mieć dobry czas ze znajomymi czy rodziną bez suto zastawionego stołu. Że o alkoholu nie wspomnę, ale o to, dlaczego nie potrafimy się bez niego bawić jest na osobny zupełnie temat.

Jedzenie w 80% determinuje nasze życie. Jest jednym z najważniejszych jego aspektów, bez jedzenia nie ma życia. Jest to najbardziej zajmujący i pracochłonny, a jednocześnie najłatwiejszy do zdobycia pocieszacz, i tutaj wracam do tematu głównego: Dlaczego przytulamy się od środka i zajadamy stres? Co zrobić, żeby tego uniknąć?

Ponieważ wszystko jest w głowie i wszystkie świadome lub nieświadome decyzje tam zapadają, dobrze usiąść sobie samemu ze sobą (bez ciastek, orzeszków i innych przerywaczy) i zadać sobie pytanie: „Dlaczego to robię?” dlaczego podjadam, zajadam, co wtedy czuję, od czego mnie to chroni lub w czym pomaga. Najczęściej odpowiemy: bo mnie to uspokaja, bo wraca doby humor, bo się odstresowuję, bo … sama nie wiem. No po prostu taki nawyk. Nawet nie wiem kiedy sięgam po jedzenie, to jest silniejsze ode mnie. Tak, wiem, że nie byłam wtedy głodna. Ale jakoś tak samo. Byłam zdenerwowana, zmęczona, znudzona. Czułam się nieładna i nieatrakcyjna. Przybita. A co mi innego zostało? Nie mam innych przyjemności w życiu. Itp. Itd.

Znasz to uczucie? Jeśli należysz do 95% społeczeństwa to tak i nie ma się co oszukiwać, wszyscy to znamy, pozostałe 5% to medytujący mnisi lub jogini. 🙂 Co więc zrobić, żeby tego nie robić? Żeby mieć kontrolę nad swoimi czynami? Żeby zatrzymać się zanim ciastko trafi do ust? Żeby zdążyć zanim przymus stanie silniejszy od woli?

To jest proces, godziny, dni i tygodnie ćwiczeń i ciągle na nowo podejmowanych decyzji. Nikt nie będzie mógł skorzystać z żadnych czarów, hipnozy ani jednorazowej terapii, gdyż taka nie istnieje. Ten, kto by ją wynalazł, byłby bardzo bogaty. Jeno machnięcie różdżką i klient już nigdy nie zaje smutku. Ha! Byłoby wspaniale, ale takie cuda – wybaczcie drodzy czytelnicy – nie istnieją. To jest Twoja i moja decyzja, czy usiądę dzisiaj sama ze sobą, czy coś w swojej sprawie postanowię i czy nie poddam się po pierwszym ani po dziesiątym potknięciu…

Kilka wskazówek jak zacząć:

Po pierwsze uświadom sobie, że napady jedzenia są zrachowaniami kompulsywnymi i jeśli je masz, to tak jak alkoholik, do końca życia będziesz musiała nad sobą pracować i każdego dnia zadać sobie pytanie: Ulegnę, czy nie ulegnę.

  • Głód emocjonalny jest zawsze napadowy i nie ma nic wspólnego z głodem fizycznym. Jesz bułkę z serem nie dlatego, że jesteś głodna, ale dlatego, że ci smakuje, dlatego, że uspakaja, czujesz przyjemność i odprężenie, oczywiście do czasu…
  • Zapamiętaj: jeśli jadłaś godzinę temu, to na pewno nie jesteś głodna. Może znudzona, zmęczona, śpiąca, zdenerwowana, niespokojna? Ale na pewno nie głodna!
  • Zaparz sobie ziołową herbatę i pogadaj ze sobą, zapytaj: czego tak naprawdę potrzebuję…
  • Nie jedz po to, żeby sprawić komuś przyjemność lub dlatego, że nie wypada odmówić.
  • Jedzenie nie jest nagrodą! Niestety od małego uczymy nasze dzieci, że w imię innych wyrzeczeń, w nagrodę za… dostają „coś dobrego”.

Ja na swoje potrzeby uknułam sobie powiedzenie: chcę coś malutkiego. To coś „malutkiego” to może być lakier do paznokci, gumka myszka – nie żartuję!, pędzelek do brwi, nowa książka – to już coś większego :), bukiecik kwiatów, cokolwiek, jakaś drobnostka, która zaspakaja moją potrzebę utulenia. Najlepiej oczywiście mieć się do kogo przytulić 🙂 Czasami sama sobie sprawiam coś malutkiego, czasem proszę o to moich bliskich. Nie mówię: „chcę coś dobrego” (w każdym razie bardzo się staram) , ale mówię: chcę coś małego. Coś małego nie odkłada się na pupie ani na boczkach, polecam, metoda sprawdzona! 🙂

  • I pamiętaj, to TY decydujesz i Ty jesteś panią swojego ciała i losu, a nie odwrotnie.

Powodzenia!!!

Patrycja Cichy Szept, terapeutka i ostoja dla osób na diecie